on starej i wychudzonej.. Brzęcząc zardzewiałymi blachami, stękając z wysiłku
usiadł w cieniu. Chwilę posapał i pociągnął z flaszy. Nieco pokrzepiony powlókł
się do widocznego jak na dłoni miasta na wielkiej polanie.
- Poszedł na piechotę, bo konia mu się zrobiło żal... .
Oj, nawalczyli my się ostatnio! Nawalczyli... .
I komu to potrzebne?
Przekraczając rzekę która dzieliła grodziszcze na pół, skierował od razu swoje
chwiejne kroki do największego budynku w mieście.

Nie spodziewał się tłumów to i zaskoczyły go!

Widząc solidne drzwi zakołatał z nawyku, by w chwilę potem się zawstydzić... .
Przecież tu nie trzeba pukać! Te drzwi są przecież zawsze otwarte.



W kruchcie zaskoczył go - łatwy przecież do przewidzenia - miły chłód.

(...)
Odpocząłem! Czas mi w drogę.
