Na wieść, że w ramach "Dni Tajwanu" odbędzie się Impreza zareagowałem
jak stary koń kawaleryjski na dźwięk trąbki nawołującej do boju.
Z radości zarżałem, aparat do plecaka i... pojechałem!
Za Wisłę, do "Domu Muz" mimo zakorkowanego mostu trafiłem.



A tam!?
Dzieci licznie przybyłe na imprezę były jej aktywnymi uczestnikami.


Bogato (sic!) zaopatrzony szwedzko-chiński stół oferował też ciasteczka wróżebne.


Nie wiem, co pisało na innych karteczkach.
Na mojej stało tak:

W związku z tym proszę o wspieranie mnie na wszystkich polach mojej aktywności,
tak aby powyższa wróżba miała szansę się n a t y c h m i a s t spełnić.
- Po wielokroć intensywnie proszę mnie wspierać!



A póki co obrazy jeszcze raz pooglądajmy.


Organizatorzy spisali się na medal!

Ledwie napasiono nam brzuchy i oczy, a już przyszła pora na obudzenie w sobie wrażliwości akustycznej.
A potrzebne to było, bo niedolegliwe - chociaż mocno nieznajome melodie tajwańskie - nam
grano! W przemiłej - jak widać - atmosferze.



Po koncercie uruchomiono nam skutecznie zmysł smaku poprzedzając
go teatrem parzenia herbaty.

Bez żadnego zadęcia pokazano, że parzenie tego napoju może być ceremonią!

Pełną elegancji i znajomości rzeczy tak finezyjnej, że kilkunastominutowy pokaz
dla zaciekawionych barbarzyńców :-) byłby nie do odczytania, bez licznych
wskazówek - przeprowadzającej go - pani Anny.

Tajemnicze czynności były zajmujące i śledzono je z najwyższą uwagą!



I nawet do mnie dotarło, że tak zdawałaby się prozaiczna czynność jak zaparzanie herbaty
może być - i jest - czymś więcej niż tylko tym czym się wydaje być.

Wtajemniczeni to wiedzą.
