Wczoraj.
Snułem się po salonie pełnym kulturalnych ludzi. Światłoszczelnym pudełkiem wymachując lojalnie uprzedzałem, a Ludzie wielkodusznie mi wybaczali, że robię im zdjęcia.
- Jestem im wdzięczny za tą wiarę we mnie!
A jednak przeglądając wczorajszy urobek niczego mniejszego od słowa "robię" nie znalazłem. Słowo to zakłada przecież, że "zrobię" czyli co najmniej przyzwoity rezultat... . Dlaczego przyzwoity?! A dlaczego nie wspaniały wynik? Podnosząc aparat do oka powinno się za każdym razem mieć nadzieję na portret jakiegoś pięknego Doriana czy chociażby uśmieszek panny Lizy.
- Co najmniej... .
Ach! Gdybyż Oni wiedzieli jakie konterfekty im zgotuję!
Chociaż... .
Ten Pan chyba przeczuwał, bo jego uważny wzrok wyraźnie pyta:
Po co to zdjęcie?! ..i kolejny tysiąc następnych?!

Dlaczego w ogóle je robimy... .
(...)
W jakimś mądrym artykule wyczytałem coś na ten kształt.
"Demokratyzacja w tworzeniu obrazów będąca wynikiem gwałtownego obniżenia się kosztów wytwarzania tychże (fotografia cyfrowa) kapitalnie przyczyniła się do lawinowo narastającej manii robienia zdjęć."
Niezłe, niezłe!